#8 Polska vs España

Polska i Hiszpania to dwa różne światy, nie mówiąc już o Wyspach Kanaryjskich. Życie tutaj, to zupełnie inna bajka niż to, co mamy w Polsce. Czy jest tu lepiej? To już zależy, kto co woli. ;)

Przede wszystkim – klimat. W Polsce to wiadomo: zimą straszne mrozy, a lato trwa góra dwa upalne miesiące. Poza tym często pada, a temperatury są znacznie niższe niż byśmy chcieli. Na Fuerteventurze przez cały rok mamy średnio 20-21 stopni, a poza tym lato robi się naprawdę gorące. Zimą od czasu do czasu trzeba włożyć kurtkę, ale na pewno nie są to trzy warstwy kożuchów jak to bywa nieraz w Polsce. ;) Jeśli chodzi o deszcz, to jest to raczej mało widywane zjawisko, w związku z czym pora deszczowa, to pora na pstrykanie zdjęć kropelkom wody i narzekanie na brak możliwości wyjścia z domu. Najgorszym problemem jest jednak wiatr, który nie ustaje praktycznie nigdy.

Ludzie. Ciężko powiedzieć mi coś złego o Polakach, ponieważ znalazłam tam tak wielu przyjaciół, że nie potrafiłabym ich urazić. Oczywiście, Polacy z reguły są z pewnością bardziej chłodni i bardziej przygnębieni niż Hiszpanie, no ale z taką pogodą nie powinno nas to dziwić. ;) Hiszpanie to zdecydowanie osoby bardziej otwarte i wesołe. Muszę jednak przyznać, że jest wielka różnica pomiędzy Hiszpanami a Kanaryjczykami, gdyż na samym początku mieszkania na Wyspach, miałam dość duże problemy, aby znaleźć tutaj znajomych; głownie dlatego, że mało kto znał angielski, a nikt nie miał cierpliwości do dziewczyny z łamanym hiszpańskim. Było ciężko i jakoś przez to przebrnęłam; no i na szczęście teraz jak wejdę do sklepu czy restauracji i mówię, że jestem Polką która umie hiszpański, to od razu wszyscy się uśmiechają i dorzucają jakieś zniżki. Ogólnie mili ludzie, ale za bardzo sobie cenią znajomość języka. A w Polsce jak widzisz obcokrajowca, to od razu każdy próbuje nawiązać rozmowę.

Język hiszpański dla nas Polaków to łatwizna, mówię Wam. Nie trzeba się męczyć z żadną ortografią, deklinacją, ani żadnymi takimi. Mieszkając tutaj nauka języka zajęła mi około trzech miesięcy, a wiadomo że hiszpański jest językiem, który brzmi naprawdę pięknie, więc zachęcam wszystkich do nauki! ;)

Najbardziej jednak brakuje mi jedzenia. Ponieważ Fuerteventura jest wyspą, która nie liczy zbyt wielu mieszkańców, to nie można się przejść do KFC,Sphinxa czy Subway’a, bo takie restauracje po prostu nie istnieją. Tutaj głównie restauracje serwują kanapki, dania obiadowe lub typowe jedzenie, jak np. Paella. Znajdzie się też kilka pizzerii, McDonald i Burger King, ale to dla mnie już nie to samo. :(

Co do sklepów, Fuerteventura nie sięga do pięt Polsce, ale bądźmy szczerzy – u nas w Polsce jest zdecydowanie zbyt wiele centrów handlowych. Tutaj mamy ich niewiele, w Puerto del Rosario (stolica) znajduje się tylko jedno, więc nigdy nie muszę się zastanawiać dokąd się wybrać na zakupy. Zresztą po co chodzić po centrach handlowych, skoro mamy tu tyle wspaniałych plaży? ;)

Mamy już wakacje, ale wtrącę jeszcze kilka słów o szkole. Na pewno jest to co innego, jako że mamy tutaj 4 klasy gimnazjum i 2 liceum, z czego po skończeniu gimnazjum wcale nie jest obowiązkowy powrót do szkoły. Nie ma tu tylu przedmiotów co w Polsce, wystarczy wybrać jeden z profili i mamy 8 zajęć, z czego jedne z nich to godzina wychowawcza. W moim przypadku mój plan składał się z ekonomii, geografii Hiszpanii, matematyki, hiszpańskiego, filozofii, historii Hiszpanii oraz języka niemieckiego (można wybrać tylko jeden język obcy). Poza tym uczą tu też fizyki, chemii, łaciny, greki, literatury, informatyki, itp., ale wierzcie mi – program nie jest zbyt zaawansowany. Oceny dostajemy od 0 do 10, z czego należy mieć 50%, żeby zdać. Nie ma żadnych kartkówek, pytania ani niezapowiedzianych testów żadnego typu. Rok szkolny się dzieli na trzy semestry i w każdym z nich piszemy ok 2-3 egzaminy z każdego przedmiotu. Jest łatwo, muszę przyznać, ale tak czy siak co roku powtarzają klasę ok. 3 osoby z każdej klasy. Nauczyciele są jak najbardziej w porządku, starają się pomóc ile mogą, a ponieważ w szkole jest wiele osób spoza Hiszpanii, to są również darmowe lekcje języka.

To jak myślicie? Co lepsze – Wyspy czy Polska? ;)

#2 Życie na wyspie

Zapewne wielu z Was się zastanawia, jakie są warunki mieszkania na Kanarach. Przejdźmy więc od razu do rzeczy.

Aby w ogóle móc tutaj zacząć mieszkać, potrzebny jest każdemu numer NIE. Generalnie dają go tym, którzy przyjeżdżają, aby tu pracować, choć aktualnie jest dosyć ciężko o  pracę. O numer NIE trzeba poprosić na komisariacie policji. Ale uwaga! Zaraz na wejściu spotykamy się z napisem „NIE MÓWIMY PO ANGIELSKU”. Czyli co, mam wrócić za kilka miesięcy jak już się nauczę hiszpańskiego? A wydawałoby się, że na wyspie, która żyje z turystyki, wszyscy będą mówić chociażby po angielsku… 

Tutaj pojawia się główny kłopot dla początkujących. Hiszpanie są dość leniwi, więc mało kto mówi tutaj po innym języku, niż sam hiszpański. W moim przypadku, stanowiło to dla mnie ogromny problem, kiedy chciałam zapisać się do szkoły. Niestety, pani w sekretariacie nie mogła mnie obsłużyć, dopóki nie przyprowadziłam osoby, która zna język. W takim razie się postarałam i po kilku dniach wróciłam ze znajomym. I nagle kolejny kłopot. Nasz system edukacji najwyraźniej trochę się różni od hiszpańskiego. Otóż nikt nie miał pojęcia, do jakiej powinnam pójść klasy – do pierwszej liceum czy do czwartej gimnazjum? Wtedy zdecydowano się dać mi wolny wybór. Jako że liceum trwa tutaj dwa lata, postanowiłam ukrócić sobie mój czas spędzony w szkole i poprosiłam o przydzielenie mnie do pierwszej klasy. Był to najgorszy błąd, jaki popełniłam. Po wkuwaniu trzydziestu stron na pamięć na każdy egzamin, aby móc zdać dwa pierwsze semestry, przyszedł do mnie list. Z Polski. W lutym. Dokładnie w tym miesiącu nasze państwo uznało, że nie mogę skończyć liceum w wieku 18 lat, w związku z czym muszę zostać przeniesiona jedną klasę niżej. No i wszystko od nowa – nowi znajomi, nowi nauczyciele, nowe przedmioty… I wiecie co jest najśmieszniejsze? Że pomimo tego, iż nie potrafiłam mówić po hiszpańsku, to i tak byłam jedną z czterech lub pięciu osób w mojej klasie, którym udało się zdać wszystkie przedmioty.  Taki to wyedukowany kraj. Krótko mówiąc – wszyscy mają tu naukę po prostu gdzieś. Bo skoro jest słońce i są plaże – to po co komu szkoła?

Następnie trzeba uporać się z karaluchami. Oj tak, słodkie, małe, śliczne karaluszki. Po raz pierwszy spotkałam się z nimi w domu, gdy jadłyśmy z mamą kolację. I wtedy usłyszałam krzyk; krzyk mojej mamy. Po naszej podłodze biegał jeden obleśny karaluch, wielkości zaciśniętej pięści. Nie wiedziałyśmy co robić, więc pierwsze 20 min stanęłyśmy po prostu na kanapie, licząc na to, że to robactwo nie potrafi się wspinać. Później trzeba było działać. Po zabiciu jednego przy pomocy miotły, uznałam, że już nic mnie nie przestraszy. I wtedy odsunęłyśmy kanapę, za którą siedziało jeszcze więcej karaluchów. KOSZMAR. Ale wiecie co? Po trzech latach można się przyzwyczaić. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zaczynają latać.

Koszty. Mieszkanie, prąd, woda, zakupy, jedzenie w restauracjach. Czy jest drogo? Na początku na pewno tak, zwłaszcza jeśli przeliczamy ze złotówek na Euro. To jest błąd. Nie wolno tego robić, bo popadniemy w depresję. Po jakimś czasie zaczyna się robić coraz lepiej, ponieważ koszty nie są wcale takie wysokie. Znajdziemy mieszkanie dla dwóch osób za 250 Euro na miesiąc, zakupy na ponad tydzień mogą nam wyjść około 40-50, a jedzenie w restauracjach – cóż, jeśli nie jadamy w strefach turystycznych, to ceny są jak najbardziej normalne.

Praca… Czy ciężko tu znaleźć pracę? Ciężko powiedzieć, niektórym się udaje, a niektórym nie. Od kilku lat mamy tutaj kryzys, choć wiele osób utrzymuje, że skończył się on w 2012. Na pewno warto tu przyjechać ze znajomością języków, jako że Wyspy Kanaryjskie utrzymują się w większości z turystyki. Od czasu do czasu znajdzie się też praca w kawiarni czy ew. w jakimś supermarkecie. Ostatecznie zostaje zawsze „el mercadillo”, gdzie za 20 Euro każdy może wyłożyć swoje przedmioty na sprzedaż, i liczyć, że jakiś turysta skusi się na kupno.

Ale wiecie co? Jak to powiedział mi jeden Hiszpan – po co zamęczać się pracą, skoro można cały dzień leżeć na plaży? :)