#2 Życie na wyspie

Zapewne wielu z Was się zastanawia, jakie są warunki mieszkania na Kanarach. Przejdźmy więc od razu do rzeczy.

Aby w ogóle móc tutaj zacząć mieszkać, potrzebny jest każdemu numer NIE. Generalnie dają go tym, którzy przyjeżdżają, aby tu pracować, choć aktualnie jest dosyć ciężko o  pracę. O numer NIE trzeba poprosić na komisariacie policji. Ale uwaga! Zaraz na wejściu spotykamy się z napisem „NIE MÓWIMY PO ANGIELSKU”. Czyli co, mam wrócić za kilka miesięcy jak już się nauczę hiszpańskiego? A wydawałoby się, że na wyspie, która żyje z turystyki, wszyscy będą mówić chociażby po angielsku… 

Tutaj pojawia się główny kłopot dla początkujących. Hiszpanie są dość leniwi, więc mało kto mówi tutaj po innym języku, niż sam hiszpański. W moim przypadku, stanowiło to dla mnie ogromny problem, kiedy chciałam zapisać się do szkoły. Niestety, pani w sekretariacie nie mogła mnie obsłużyć, dopóki nie przyprowadziłam osoby, która zna język. W takim razie się postarałam i po kilku dniach wróciłam ze znajomym. I nagle kolejny kłopot. Nasz system edukacji najwyraźniej trochę się różni od hiszpańskiego. Otóż nikt nie miał pojęcia, do jakiej powinnam pójść klasy – do pierwszej liceum czy do czwartej gimnazjum? Wtedy zdecydowano się dać mi wolny wybór. Jako że liceum trwa tutaj dwa lata, postanowiłam ukrócić sobie mój czas spędzony w szkole i poprosiłam o przydzielenie mnie do pierwszej klasy. Był to najgorszy błąd, jaki popełniłam. Po wkuwaniu trzydziestu stron na pamięć na każdy egzamin, aby móc zdać dwa pierwsze semestry, przyszedł do mnie list. Z Polski. W lutym. Dokładnie w tym miesiącu nasze państwo uznało, że nie mogę skończyć liceum w wieku 18 lat, w związku z czym muszę zostać przeniesiona jedną klasę niżej. No i wszystko od nowa – nowi znajomi, nowi nauczyciele, nowe przedmioty… I wiecie co jest najśmieszniejsze? Że pomimo tego, iż nie potrafiłam mówić po hiszpańsku, to i tak byłam jedną z czterech lub pięciu osób w mojej klasie, którym udało się zdać wszystkie przedmioty.  Taki to wyedukowany kraj. Krótko mówiąc – wszyscy mają tu naukę po prostu gdzieś. Bo skoro jest słońce i są plaże – to po co komu szkoła?

Następnie trzeba uporać się z karaluchami. Oj tak, słodkie, małe, śliczne karaluszki. Po raz pierwszy spotkałam się z nimi w domu, gdy jadłyśmy z mamą kolację. I wtedy usłyszałam krzyk; krzyk mojej mamy. Po naszej podłodze biegał jeden obleśny karaluch, wielkości zaciśniętej pięści. Nie wiedziałyśmy co robić, więc pierwsze 20 min stanęłyśmy po prostu na kanapie, licząc na to, że to robactwo nie potrafi się wspinać. Później trzeba było działać. Po zabiciu jednego przy pomocy miotły, uznałam, że już nic mnie nie przestraszy. I wtedy odsunęłyśmy kanapę, za którą siedziało jeszcze więcej karaluchów. KOSZMAR. Ale wiecie co? Po trzech latach można się przyzwyczaić. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zaczynają latać.

Koszty. Mieszkanie, prąd, woda, zakupy, jedzenie w restauracjach. Czy jest drogo? Na początku na pewno tak, zwłaszcza jeśli przeliczamy ze złotówek na Euro. To jest błąd. Nie wolno tego robić, bo popadniemy w depresję. Po jakimś czasie zaczyna się robić coraz lepiej, ponieważ koszty nie są wcale takie wysokie. Znajdziemy mieszkanie dla dwóch osób za 250 Euro na miesiąc, zakupy na ponad tydzień mogą nam wyjść około 40-50, a jedzenie w restauracjach – cóż, jeśli nie jadamy w strefach turystycznych, to ceny są jak najbardziej normalne.

Praca… Czy ciężko tu znaleźć pracę? Ciężko powiedzieć, niektórym się udaje, a niektórym nie. Od kilku lat mamy tutaj kryzys, choć wiele osób utrzymuje, że skończył się on w 2012. Na pewno warto tu przyjechać ze znajomością języków, jako że Wyspy Kanaryjskie utrzymują się w większości z turystyki. Od czasu do czasu znajdzie się też praca w kawiarni czy ew. w jakimś supermarkecie. Ostatecznie zostaje zawsze „el mercadillo”, gdzie za 20 Euro każdy może wyłożyć swoje przedmioty na sprzedaż, i liczyć, że jakiś turysta skusi się na kupno.

Ale wiecie co? Jak to powiedział mi jeden Hiszpan – po co zamęczać się pracą, skoro można cały dzień leżeć na plaży? :)

#1 Fuerteventura – co, gdzie i przede wszystkim: dlaczego?

Hej!

Aby wprowadzić Was w temat, spróbuję Wam krótko streścić to, co powinniście wiedzieć o Fuerteventurze. :)

Jest ona jedną z siedmiu Wysp Kanaryjskich. Jej główną cechą charakterystyczną jest to, że brak na niej zieleni – wszędzie tylko piach i kamienie. Na Fuerteventurze mieszka około 90 tys.-100 tys.ludzi, a pochodzą oni z wszystkich zakątków świata. Mimo wszystko przeważają Marokańczycy. Poza tym na wyspie znajduje się jeszcze większa ilość kóz, co bardzo rzuca się w oczy, gdy się tu wyruszy na objazdówkę. :)

Stolicą Fuerteventury jest Puerto del Rosario, gdzie akurat przyszło mi mieszkać. Nie jest ono zbyt wyjątkowe, bowiem znajdziecie tutaj to, co w każdym innym mieście – sklepy, restauracje, centrum handlowe, szkoły, itp. Mimo wszystko trzeba przyznać, że ma swój czar. :)

Zapewne wszyscy wiedzą, że jest tutaj wiecznie gorąco. Otóż nie jest to prawda, gdyż ostatnie zimy, które tutaj spędziłam, wcale nie okazały się takie ciepłe, jak sobie wyobrażałam. Potrzebne były mi nawet rękawiczki oraz szalik! Jednak wszystko jest lepsze od lodowatej Polski, gdzie nieraz pokazywało na termometrze -15 stopni. Od czasu do czasu również tutaj pada, jednak zdarza się to bardzo rzadko. I UWAGA! NA DESZCZOWĄ POGODĘ ZAMYKAJĄ SIĘ SZKOŁY!  Aż mi się śmiać zachciało, gdy pewnego dnia wybierałam się na lekcje, a tam wszystko zamknięte z powodu kilku kropli wody. Gdyby tylko w Polsce tak było… ;)

Fuerteventura… Co to znaczy? Ja słyszałam dwie wersje, ale niestety nie potrafię potwierdzić, która z nich jest prawdziwa. W pierwszej uznaje się te nazwę za połączenie słów „fuerte”, co oznacza „mocne” oraz „viento”, czyli „wiatr”. Fakt faktem, że wiatr potrafi tu od czasu do czasu wyłamać jakieś drzwi (i oczywiście także zamykają się wtedy szkoły :) ). Według drugiej wersji nazwa pochodzi z języka francuskiego: forte aventure, czyli tzw. „mocna przygoda”. Jest to nazwa nadana przez Jeana de Bethencourt, który napotkał się na Fuercie z nietypowymi „przygodami”, jednakże mając pod uwagą spokój, jaki panuje tutaj na co dzień, to nazwa wydaje się być dość śmieszna. 

No i po tym całym, nieszczególnie pozytywnym opisie, powstaje pytanie: dlaczego mieszkać akurat tutaj? Szczerze mówiąc, ciężko jest to wyjaśnić. Powinnam powiedzieć, że zakochałam się w Fuerteventurze odkąd przyleciałam tu na pierwsze wakacje, ale nie. Nie zakochałam się w niej ani po pierwszym, ani po drugim pobycie. Zajęło to chwilę, zanim razem z mamą zdecydowałyśmy się tutaj przenieść, ale cieszę się, że w końcu tu dotarłyśmy. Pomimo przeszkód związanych z językiem, nieuprzejmością Kanaryjczyków oraz problemami, by dostać się do jakiejkolwiek szkoły, to jednak Fuerteventura ma swój urok. Jednak dotarł on do mnie dopiero wtedy, gdy po roku mieszkania tutaj, wróciłam na kilka tygodni na wakacje do Polski. I wtedy zatęskniłam za słoneczkiem, za spokojem, za czystym powietrzem i plażą. :)

#0 Informacje

Witam!

Nazywam się Natalia, mam 19 lat i mieszkam na Fuerteventurze od ponad trzech lat. Ten blog powstaje z myślą, aby podzielić się z Wami wszystkimi doświadczeniami, jakich tutaj doznałam, oraz aby opisać Wam, jak się tutaj żyje; jakie są zalety i wady mieszkania z daleka od Polski. :)

Dlaczego nazwa home-everywhere? Cóż, moim zdaniem dom nie musi być tylko kojarzony jako jedno miejsce – dla mnie dom to cały świat. :) Dlatego tytułowy „home” znajduje się według mnie tam, gdzie czujemy się szczęśliwi.

Oczywiście obiecuję, że na blogu nie zabraknie zdjęć (postaram się, aby w większości były one mojego autorstwa :) ), relacji z różnych wydarzeń, ciekawostek na temat kultury, języka, edukacji, itp. Zamierzam także zamieszczać opisy z wszystkich moich wycieczek, zarówno tych po Wyspach Kanaryjskich jak i tych dalszych.

No to co? Zaczynamy! :)